Category Archives: Motywacja

Z dziennika Głodomora.

10 dni. Zero jedzenia. Tylko woda niegazowana.

10 dość ciężkich dni. Wydaje się, że będą się ciągnęły w nieskończoność. W ciągu tych 10 dni, poznajesz swój organizm z całkiem innej strony. Możesz go dokładnie prześledzić. Zauważasz funkcje, na które bez głodówki nigdy nie zwróciłbyś uwagi. Odpoczywa on i Ty. Ty czujesz się odprężony, zrelaksowany. Jemu serwujesz oczyszczenie i spokój. Poświęcasz sobie 10 dni uwagi. Sprawdzasz na ile Cię stać. Czujesz dumę. Czujesz satysfakcję. Czujesz czystość! 

Obiecałam relację z głodówki i jest:

Dzień pierwszy – czwartek.

Kg- 77,5

Dzień pierwszy zaskoczył mnie pozytywnie, bo nie był to czas jakiś trudny do przetrwania. Prawdopodobnie dlatego, że mój organizm jeszcze nie załapał, co się szykuje. Dodatkowo byłam podniecona całym przedsięwzięciem i było łatwiej. Mózg miałam zabity myślami, jaka to nie jestem dzielna 🙂 Pół dnia przesiedziałam na uczelni i pół dnia w pracy. Cieszyło mnie to, bo szybciej minął mi czas. Piłam tylko wodę, około 3-3,5 l. Po pracy wzięłam gorącą kąpiel, szorując ciało twardą stroną gąbki, bez użycia kosmetyków (chodzi o unikanie chemii podczas głodówki, dla pełnego oczyszczenia). Pobudza to krążenie i ściera całe toksyny, które podczas naszej głodówki wyłażą również skórą. Po wyjściu z łazienki myślałam, że oszaleje. Cała skóra swędziała mnie nie do ogarnięcia, jak się później okazało- trzeba się było przyzwyczaić, bo tak było codziennie przez jakieś 15 minut po kąpieli. Wieczorem chciało mi się jeść, ale zapijałam to wodą. Dziwnym trafem nie burczało mi w brzuchu. Byłam zmęczona już koło 19, więc położyłam się spać i zasnęłam moment.

Dzień drugi – piątek.

Kg – 76,3

Wstałam około 6, całkiem wyspana i z dobrym humorem. Dzień zaczęłam gorącą kąpielą z szorowaniem ciała. Zdziwił mnie fakt, że woda była całkiem brudna, a przecież wieczorem się myłam? Oczywiście wyłaziły ze mnie syfki. To podbudowało wiarę w sens mojego głodowania. Miałam trochę czasu, więc zrobiłam śniadanie dla męża. Skręcało mi „kiszki” na widok i zapach świeżego pieczywa, ale zaraz odganiałam głupie myśli. Mój żołądek nie dał się oszukać i czułam, że burczy na mnie. Woda, tylko woda mnie ratowała. Od rana miałam zajęcia, na których organizm nie odpuszczał i wygrywał mi przeróżne melodie „burczeniowe”. Dobrze, że wykładowcy byli dość wygadani. 🙂 Nie pomagał mi widok znajomych obżerających się drożdżówkami, batonami i fast foodami. Zjadło by się coś, oj zjadło 🙂 W myślach układałam już jadłospisy i pachniały mi te wszystkie cudowne dania. Mniam,mniam…  Wiedziałam jednak, że mam cel i osiągnę go ponad wszystko. Po uczelni poszłam do pracy z myślą, że powiem dziewczynom. Zareagowały dość pozytywnie. To dodało mi otuchy. Przez cały dzień nie czułam jakiegoś wielkiego zmęczenia, ale koło 19 zauważyłam, że wyraźnie brakuje mi świeżego powietrza. Poszliśmy na 30 minutowy spacer. Po powrocie wzięłam kąpiel ( zalecane 2-3 razy dziennie), znowu woda była szarawa, znowu swędziało, ale teraz mnie to nawet cieszyło. Po kąpieli nie byłam w stanie funkcjonować i padłam.

1286914156_by_ThinkorSink_500

Dzień trzeci – sobota.

Kg – 75,5

Sobota. Wstałam jak pijana i kręciło mi się w głowie. Do tego czułam, że pobolewają mnie okolice skroni. Doskwierała mi suchość w gardle, która jak się okazało była codziennością.  Mimo to psychicznie byłam pozytywnie nastawiona. Rozbolał mnie brzuch, więc pierwszy raz od 3 dni się wypróżniłam. Potem szybki prysznic- tym razem na zmianę ciepła/ zimna woda. Trochę ożywiłam organizm. Zauważyłam jednak spowolnienie moich ruchów. Brakowało mi energii do ubierania się.  Schodząc po schodach zauważyłam, że nogi mam bezsilne. Bolały mnie, przy każdym stąpnięciu. Wszystko było tak jak opisywali to inni głodówkowicze, więc nie martwiłam się. Musiałam zakasać rękawy, bo przede mną 6h pracy – oj, ciężkiej pracy. Nigdy nie zmachałam się jak wtedy. Bolała mnie głowa i mięśnie. Do tego moja wiara spadała z każdą godziną. Przez cały dzień nałogowo myślałam o jedzeniu.

Myślałam – już wystarczy, jest okropnie ciężko, nie dam rady. Mimo to dalej trwałam…

Po powrocie uratował mnie 45 minutowy spacer. Odzyskałam trochę energii, którą zaraz całą straciłam przy kąpieli. Pod wieczór byłam całkiem wyczerpana i zrezygnowana. Z niezbyt dobrym nastawieniem zasnęłam moment. Zdecydowanie to był najgorszy dzień z całej głodówki. Jak już to przetrwasz, to będzie tylko lepiej. 🙂

Dzień czwarty – niedziela.

Kg- 74,2

Spałam do 10. Obudziłam się wyspana, ale bolały mnie nogi. Pojawiło się mrowienie. Przy wstawaniu kręciło mi się w głowie, ale zaraz to ustało. Wzięłam prysznic. I się zaczęło… Nie wiem skąd przyszła mi nieznana siła. Humor miałam jak nigdy dotąd. Nic mi nie przeszkadzało i byłam nad wyraz ugodowa. Nie to mnie jednak dziwiło… zrobiłam się istnym damskim Makłowiczem. Cały dzień coś gotowałam, przygotowując jedzenie na cały tydzień dla Łukasza. A to kopytka, a to jakieś sałatki, a to mięsko pieczone, upiekłam nawet sernik dietetyczny ! 🙂 Wszystko to bez próbowania i nawet nie miałam pokus. Zauważyłam, że ustało mi burczenie w brzuchu. Żołądek się już chyba wyłączył. Było mi lekko i błogo. Po tym wszystkim oczywiście czułam się zmęczona, ale tak pozytywnie. Chociaż brakowało mi często sił, to umysł miałam czysty i niezwykle skupiony. Poszliśmy na spacer żółwim tempem, które i tak mnie męczyło. Po przyjściu podjęłam decyzję o oczyszczeniu jelit – czyli lewatywa. Nigdy wcześniej tego nie robiłam i byłam zestresowana. Zależało mi jednak na zdrowiu, więc puściłam sobie relaksacyjną muzyczkę, rozluźniłam się i jakoś poszło. Jest to bardzo ważna część głodówki. W pełni czyścisz jelita, z których toksyny mogłyby być wchłaniane do krwiobiegu i zatruwać nasz organizm. Najlepiej lewatywę robić 7-8 rano, albo 20-21. Niekonieczna jeśli nie dasz rady jej zrobić. Po kąpieli przyjrzałam się swojemu ciału po raz pierwszy w czasie głodowania. Koloryt skóry poprawił się znacząco i pomału znikały jakieś wypryski na buzi. Skóra stała się taka śliska i przyjemnie miękka w dotyku. Łukasz zwrócił uwagę na to, że znacząco zmniejszył się cellulit na udach. Cieszyło mnie to i niezwykle motywowało. To był zdecydowanie przełom.

Dzień piąty, szósty i siódmy.

Poniedziałek – 73,4 kg
Wtorek -72,9 kg
Środa – 72 kg

Połączyłam te dni, bo były do siebie bardzo podobne. Myślę, że najtrudniejszy okres głodówkowy był za mną. Przestałam właściwie myśleć o tym, że jestem na głodówce. Wróciło mi trochę sił i nie czułam się już taka otępiała. Dalej rano trochę kręciło mi się w głowie, ale dość szybko mijało. W pracy dziewczyny ciągle mnie dopingowały, przez co miałam dodatkową motywację. Waga zwolniła trochę spadanie, jak zakładałam i wszystko biegło według planu. W środę poszłam na fitness – kurna, GŁUPI pomysł. W ogóle nie mogłam ruszyć ni nogą, ni ręką. Reakcje ślimacze. Zanim ja zrobiłam jedno ćwiczenie, już dawno trwało 2 😛 Stwierdziłam, że odpuszczam ćwiczenia. Obserwowałam ciało. Brzuch zrobił się płaski i zniknęły wszystkie syfki. Woda po kąpieli coraz mniej brudna. Myślałam, że zrobię się blada jak trup, ale wyglądałam promiennie, co zauważyło kilka niewtajemniczonych w całą akcje osób. Widziałam po Łukaszu, że się martwi, ale opiekował się mną i jak zawsze dopingował. Ja byłam szczęśliwa. Dumna z siebie. Nie czułam głodu, ale marzyłam dalej o tych wszystkich potrawach, które zjem po. Miałam smykałkę do gotowania. Większość rzeczy później mroziłam. Łukasz protestował, bo nie mógł tego przejeść. Mi to pichcenie sprawiało frajdę. 🙂 Co 2 dzień robiłam lewatywę, sama nie wypróżniałam się w ogóle.. bo i nie było czym. Praca i uczelnia nie przeszkadzały mi w przeprowadzeniu głodówki, a nawet myślę teraz, że było łatwiej.

Dzień ósmy, dziewiąty i… DZIESIĄTY!!!

Czwartek 71,5 kg
Piątek 70,9 kg
i wreszcie Sobota! 70,1 kg

W czwartek zauważyłam, że bardzo marznę. Nastąpiło wychłodzenie organizmu. Stopy i dłonie jak lody. Zaczęłam ubierać się dużo cieplej.  Bardzo przydatne okazały się skarpety z merynosa. W tych ostatnich dniach zbawienne były dla mnie bardzo gorące kąpiele. Pociłam się przy nich strasznie, jak w saunie. Do tego język miałam oblepiony na biało- faza kwaśnicy. Szorowałam go dokładnie szczoteczką.  Przez te 3 ostatnie dni ciężko było mi funkcjonować, szczególnie wieczorami, kiedy to pojawiały się bóle kręgosłupa, nóg, czasami głowy. Do tego nie martwiłam się już niejedzeniem, a powrotem do jedzenia. Nie ze względu na wagę, efekt jo jo itp. Martwiło mnie jak zareagują moje jelita i żołądek po tak sporym wyciszeniu. Pocieszałam się, że wszystko jak do tej pory przebiegało wg. planu, więc wyjście z głodówki też nie może być tak straszne. Ostatni dzień przyszedł szybciej niż myślałam. Zaskoczyło mnie to i nawet czułam, że spokojnie mogłabym to kontynuować,ale 21 dni byłoby szaleństwem na sam początek. Musiało się to skończyć. W sobotę wieczorem byłam bardzo podekscytowana, ciężko było mi zasnąć. Wierciłam się i kręciłam, aż padłam.

Czy żałuję? Absolutnie. Uważam, że to była jedna z najlepszych lekcji w moim życiu. Poprawiłam pracę organizmu. Zafundowałam sobie darmowe SPA, którego nie zastąpiły by mi żadne zabiegi. Poznałam siebie jeszcze lepiej. Wiem na co mnie stać.  Ja na pewno zrobię to jeszcze raz!  

Nie było łatwo. Bałam się o swoje zdrowie przed głodówką. Wszystko trzeba jednak robić z głową, obserwując swój organizm. Jeśli tylko czujesz się źle, to przerwij cykl.

 

W następnym poście opiszę wyjście z głodówki.

glodowka1

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , ,

Jesienne porządki

Ehem, to już ten czas. Od kilku tygodni staram się pogodzić z myślą, że to koniec. Wczorajszy śnieżnobiały obraz za oknem tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że lato już nie wróci w tym roku. Szkoda. Było pięknie.

Całe zamieszanie przedślubne, ślub,  częste wyjazdy, przez co niekontrolowany tryb życia – w tym odżywiania- doprowadziły do tego, że czułam się jak słoń. Ciężki słoń. Mimo, że proporcje ciała nie zmieniły się znacznie, to brzuch miałam nadęty, bolący, wielki. Bolała mnie często głowa. Byłam nerwowa, zestresowana… zła na cały świat. O matko i te wyrzuty sumienia.  Wiesz, to takie uczucie jak masz pretensje do całego świata, a masz świadomość, że sam jesteś sobie winien. To wszystko skłoniło mnie do tego, żeby w funkcjonowaniu mojego zaśmieconego, biednego organizmu zrobić porządki. Sporo czasu zastanawiałam się jak to rozwiązać. Doszłam do wniosku, że jedna rzecz może mi pomóc. Post. Ścisły post. Czyli głodówka.

 

O samej głodówce sporo już słyszałam na różnych wykładach, seminariach, nawet od praktykujących znajomych. Przyznam, że nie miałam pojęcia do tej pory, jak wiele osób stosuje ją w celach zdrowotnych. Moja wiedza w tym temacie nie była kompletna, więc postanowiłam przestudiować książki i przegrzebać Internet, żeby dowiedzieć się jak najwięcej. Metoda ma tyle zwolenników, co przeciwników, ale tak jest zawsze.

 

Co to jest głodówka lecznicza? No tak, sama nazwa wskazuje. W głodówce nic nie jesz, żyjesz tylko na wodzie przez obrany sobie okres czasu.

Po co to właściwie się robi? Żeby posprzątać ten cały śmietnik, jaki zrobiłeś z organizmu. To jak formatowanie dysku. Przywracasz prawidłowe funkcjonowanie. Organizm wyrzuca z siebie wszystkie odpady, które mu zaserwowałeś i stara się obrać dobry tor. Tu grill, tu imprezka do białego rana, ktoś miał urodziny… itd. Wiesz o czym mówię: gówniane szybkie żarcie, alkohol, niekontrolowane pory jedzenia, mało snu, przejadanie się, i te straszne zachcianki. Ja wiem, bo sama „grzeszyłam”.

Dawniej, jak miałam słabą wiedzę o odżywianiu, tego typu metoda kojarzyła mi się ze zdesperowanymi ludźmi, którzy chcieli szybko schudnąć. Jak wiemy, szybkie chudnięcie nie wróży nic dobrego. Źle przeprowadzone wyjście z głodówki w najlepszym wypadku doprowadzi do efektu jo-jo, a w najgorszych opcjach do poważnych chorób żołądka, jelit, wątroby – w rezultacie śmierci. Z tym na prawdę nie ma żartów!  Mnie interesowało bardziej przywrócenie harmonii w moim organizmie i lepsze samopoczucie, ale wiadomo utrata wagi jest tego skutkiem pobocznym.

Skoro już wiedziałam co zrobić, musiałam obrać sobie termin i długość cyklu. Jezus pościł 40 dni, ale ja nie jestem Jezusem, więc przystałam na 10 dni. Wybrałam tyle, ponieważ dawno mój organizm nie miał urlopu. Należy mu się.

 

Najczęstsze głodówki:

1 dniowe (raz w tygodniu)

3 dniowe (raz w miesiącu)

10 dniowe ( raz na rok)

Istnieją nawet turnusy głodówkowe, na które można się wybrać. Wiadomo, że w grupa dodatkowo dopinguje, mobilizuje w ten dość trudny czas. Szczególnie jest to ważne dla kogoś, to jest nowicjuszem. Trwają one zazwyczaj 10 dni.

Jestem w 7 dniu głodówki i już teraz wiem, że pomimo kilku minusów jest świetnie. O tym wszystkim napiszę wam po skończeniu, z każdym odczuciem i spostrzeżeniem jakie przeżyłam… bo żyję 🙂 Z niejedzenia się nie umiera.

Dużo informacji www.głodowka.pl

thumb_560x800_10

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Plan i cel początkiem będzie.

Zastanawiając się z jakim tematem wrócić do Was, przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli, zagadnień, wydarzeń… co na pewno nie pójdzie na zmarnowanie, bo przecież jeszcze będzie czas o tym napisać.

Pomyślałam sobie jednak, że tego bloga założyłam rok temu, to był start, od tego się zaczęło. Nie był to żaden impuls, żadna chwilowa decyzja, żaden kaprys,
a dokładnie przemyślany krok, świadome działanie, precyzyjnie ułożony PLAN
i o tym PLANIE właśnie będzie ten wpis.

W naszej głowie pojawia się myśl. „A może bym spróbowała się odchudzić?” Jest ona pełna entuzjazmu, zapału, radości, ale zaraz za tą myślą leci już setka innych – lęków, zniechęceń, strachu… 99% z nas pomyśli o tym jak się poci, jak odmawia sobie słodyczy, jak wstaje wcześniej z łóżka, żeby poćwiczyć – ogółem ZGROZA. To wszystko – jeśli tego nie wyprzemy z podświadomości – spowoduje, że nawet jeśli podejmiemy walkę, to po kilku dniach pesymistyczne myśli nas zeżrą, poddamy się i zostanie jedna wielka NIEWIARA, a co najgorsze ZAWÓD.

To tyczy się nie tylko odchudzania, ale i każdego celu jaki sobie obierzemy. Jeśli pozwolimy na to żeby leń siedzący w środku opanował nasz umysł, to nigdy nic nie osiągniemy, każdy obrany cel będzie dla nas zbyt daleko, zbyt wysoko. Będziemy zbyt mali, zbyt duzi, za mało silni. Zawsze znajdziemy wymówkę, zawsze się czymś zniechęcimy, w rezultacie staniemy w miejscu.

Jeśli w czasie odchudzania każdego dnia rozmyślamy o tym, że na pewno nie schudniemy to gwarantuję, że faktycznie tak będzie, bo nie będziemy nawet próbowali nic robić, by to osiągnąć. Kto ma w nas uwierzyć jak nie my sami?
Czy to kwestia samej motywacji? Otóż nie, to kwestia tego, że nie mamy konkretnego planu.

Michał Konowalski na początku roku wydał ciekawy podcast, w której mówi o ustalaniu celów i układaniu planu. Swoją wypowiedź oparł na teorii, którą stworzył Brian Tracy (bardzo mądry człowiek, warto zagłębić wiedzę o nim i jego umiejętnościach).

Zróbmy to tak. Pojawia się w naszej głowie myśl: ” A może bym spróbowała się odchudzić – TAK!!! Już ustalam sobie plan i dążę do realizacji celów.” 😉

Od czego zacząć?

1. Na początku zastanawiam się, co jest dla mnie ważne i co chcę osiągnąć. Muszą to być jasno sprecyzowane cele. Same konkrety. Określam to, co dokładnie chcę mieć.

2. Biorę kartkę, robię tabelkę w excelu, wieszam tablicę korkową… itp. Zapisuję 10 celów jakie chcę osiągnąć na przestrzeni roku. To ważne żeby nie robić planów, których realizacja będzie trwała latami. Cele muszą być zapisane prostymi komunikatami, nie rozpisujemy się, możemy to zrobić dopiero pod głównym przekazem.
np.

1. Ważę 55 kg
(koło tego wklejamy jakieś obrazki, dokładne opisy, cytaty)

2. Mam kurs instruktora fitness
(gdzie go zrobię, ile mnie to będzie kosztowało)

3. Kupiłam mieszkanie w Warszawie
(opis ile metrów, gdzie dokładnie, jak będzie wyglądało)

 itd..

3. Jak się pewnie domyślacie, po drugiej stronie  zapisuję dokładną datę, do której ten cel mam osiągnąć, np:

1. Ważę 55 kg                                                         20 lipiec 2014.

2. Mam kurs instruktora fitnessu                       1 maj 2014

4. Kolejnym etapem będzie rozpisanie dokładnie krok po kroku, jak te poszczególne cele osiągnę. Co zrobię, żeby je zdobyć. Ile dam z siebie, żeby się udało. Pamiętajmy o tym, że nie ma nic za darmo, musimy coś poświęcić, żeby coś otrzymać. Mogę rozpisać to sobie etapami. Ważne jest, żebym każdego dnia robiła coś, cokolwiek w tym kierunku. Jeśli nie będę jadła słodyczy jeden dzień w miesiącu, to co mi to da? No właśnie nic… więc będę konsekwentna, bo mam jasno określony cel.

1. Ważę 55 kg                                                             20 lipiec 2014

– ćwiczę codziennie
– stosuję zdrową dietę
– śpię 8h
– jeżdżę na rowerze w weekend
(tutaj można także rozpisać etapy wagowe (np do 30 maja 60 kg, do 30 czerwca 57kg) , pamiętajmy jednak, że to nie waga się liczy w odchudzaniu, a tłuszcz i pomiary ciała!!)

5. Wszystkie cele zapisuję w czasie teraźniejszym, opisując tylko i wyłącznie swoją osobę. W swoich założeniach jestem dla siebie wymagająca, obieram cele nad wyraz. Jeśli chcę schudnąć 10 kg, to zapisuję 15. (Myślisz, że te 15kg będzie trudno zgubić, to sorry, ale jak Ty chcesz zrzucić te 10 – lekko? :P) Bądźmy surowi, to musi być wyzwaniem.  Nie używam słów „chcę” „mogę”. Wszystko zapisuję w pozytywach, łatwiej dociera to wtedy do naszej podświadomości.

1. Chcę ważyć 55  kg     NIE!!

1 Ważę 55 kg TAK !! 😉

6. Alternatywną opcją jest wybranie z tych 10 celów – 3 głównych, z których wybieram ten jeden najważniejszy, priorytetowy, który realizuję, a dopiero potem idę do następnych.

Po co to jest mi tak naprawdę potrzebne? Większość ludzi na świecie nie osiąga nic, nie realizują swoich pragnień. Ludzie sukcesu to głównie Ci, którzy działają według swojego określonego planu, a w nim zapisanych celów.

Według badań

tylko 3% ludzi na całym świecie spisuje swoje cele,
zatem jest to działanie elitarne.

Co najśmieszniejsze według teorii nawet jeśli spiszemy wszystkie cele i zapomnimy o nich, wrzucimy na dno szuflady, po roku okaże się, że jakąś część z tych założeń udało nam się osiągnąć. Tylko że wtedy najczęściej pojawi się niedosyt, że zmarnowałem rok, osiągnąłem tylko trochę, a mogłem 100% wydusić, a nawet więcej…

Jeśli ktoś teraz mnie zapyta, od czego zacząć, to powiem mu, że od określenia czego naprawdę chcesz.

Witajcie Kochani.

 

Otagowane , , , , , , , , ,

Toksyny out, czyli detoksykacja pełną parą!

Witajcie! Zanim powiem o tym co w moim życiu, rozwinę temat główny.

Odchudzanie jak i inne zmiany naszego ciała powinniśmy zacząć od detoksykacji organizmu.

Brzmi groźnie? Niee tak się tylko wydaje, sami się przekonacie.

Najprostszą rzeczą jaką możemy zrobić, będzie nauczenie naszego żołądka przyjmowania wody z samego rana, zacznijmy od kilku łyków, przez pół szklanki, aż dojdziemy do co najmniej dwóch szklanek z samego rana – zaraz po przebudzeniu się. Na początku może być trudno, ale jak zawsze, idzie się przyzwyczaić. Tą rzecz powinien robić KAŻDY niezależnie czy się odchudza, czy robi kulturystykę czy po prostu chce zdrowo żyć. W związku z tym, TY TEŻ, jeśli to czytasz 😉 Woda oczyszcza organizm z toksyn, wydalamy z nią cały syfek, który zbierzemy w ciągu dnia. Jeśli nasz detoks wodny idzie ku dobremu to powinniśmy chociaż raz dziennie mieć mocz zupełnie przezroczysty.

Kolejną ważną i jakże prostą rzeczą jest sporządzanie sobie takiego eliksiru oczyszczającego, dającego też energię na resztę dnia. Składa się on z dwóch łyżek oliwy z oliwek (postarajmy się kupować jak najlepszą z pierwszego tłoczenia), i dwie łyżki soku z cytryny, to by wystarczyło choć niektórzy dodają też aloes ale cytryna + oliwa wystarczą. Chodzi oczywiście o łyżki, nie łyżeczki. Jeśli ktoś pije kawę rano, colę, energy drinki – to wszystko jest oczywiście bardzo niezdrowe, tuczące i wyniszczające, ale do tego nie daje nam nic dobrego, zakwasza cały organizm. Moja ulubiona scenka to dziewczyna zamawiająca sałatkę dietetyczną i colę Zero 😉
Eliksir o którym piszę jest tego całkowitym przeciwieństwem! Napędzamy metabolizm, mamy energię, dobre samopoczucie, pomoc w wypróżnianiu, a nawet walce z cellulitem.

To były sposoby proste, łatwe i dość przyjemne, które powinniśmy wdrożyć w życie, by pomóc naszemu organizmowi się oczyszczać, teraz przedstawię jeszcze sposoby drastyczniejsze, które też przydało by się wykonywać raz na pół roku, raz na rok, zależnie od potrzeb.
Kupujemy sobie dwie 5 litrowe wody w miarę dobrej jakości. Do tego w aptece lub na Allegro zamawiamy sobie sól himalajską – taką różową. Solimy te banieczki z wodą. Dokładamy taką ilość, żeby to nie było słone, aby nie była wyczuwalna i po prostu  żeby dało się to pić. Co dalej? Taką mieszankę pijemy to od świtu do nocy non stop cały dzień – aby 10l wody wypić, trzeba pić non stop i chodzić do WC jak ruski wentylator. 😉 Wybieramy taki dzień, żebyśmy mieli dwa dni z kolei wolne – najlepiej sobota. Tego dnia odkładamy wszystkie prace, nie będziemy w stanie nic robić, bo cały czas będzie się z nas lało. Dieta w tym czasie musi być bogata w warzywa, owoce, mięso totalnie odpada!!! Jest to fajna forma detoksykacja, tania i szybka. Jednak wymaga od nas poświęcenia czasu, ale dla zdrowia warto!

Kolejnym detoksem, jak dla mnie najbardziej hardcorowym, ale i dającym największe efekty, w każdej dziedzinie życia (nie tylko w odchudzaniu) jest detoksykacja wątroby – najbrudniejszego organu w naszym ciele.
Zaczynamy! A więc tak: 1 szklanka oliwy z oliwek (również DOBREJ jakości), sok z 10 do 20 cytryn, zależnie od wielkości, powinno tego soku być ok. jednej dobrej szklanki. Mieszamy to porządnie, najlepiej jakimś blenderem, żeby miało stała i jednolitą konsystencję. Przed kuracją powinniśmy też porządnie rozgrzać nasze ciało, a konkretnie wątrobę, można i trzeba to zrobić dwoma sposobami. Kupujemy w aptece Niacynę – witaminę B3 w ilości 500 mg i bierzemy 250mg przed kuracją – będziemy mieli uczucie palenia, gorąc niesamowity, po czym pijemy wcześniej przygotowany sok i bierzemy termofor, kładziemy się na nim „wątrobą”. Po kuracji również bierzemy 250mg Niacyny. Sposób naprawdę hardcorowy, ale bardzo dobry, tani i najlepiej oczyszczający wątrobę, ale i inne organy. Dieta dzień, nawet dwa dni PRZED musi być bogata w warzywa, mało mięsa, tego dnia tak samo, organizm musi być po prostu przygotowany do detoksu. Po tym sposobie wychodzą z nas takie rzeczy, że ciężko w to uwierzyć, ja np. jakieś 2 lata temu zgubiłam kartę pamięci, po tej kuracji się znalazła! 😉

Detoksykacja jest dla nas ważna, cały syfek, który przez lata kolekcjonowaliśmy w środku, czas wyrzucić z siebie!

To teraz czas na to co u mnie 😉
Od tygodnia dumam sobie w pracy. Dumam o wszystkim w zasadzie, przerobiłam chyba już każdy możliwy temat. Dni zaczynam od rozpaczania, po co ja tu jestem? Co ja robię ponad? Dlaczego 1500 km od Qkiego i najbliższych? Jak już wystarczająco sobie porozpaczam to przywołuję się do porządku i rozumuję sobie to tak, że gorsze rzeczy przyszło mi przeżywać, a to zleci. Dni w Belgii mijają szybko i dość męcząco.
Nie jestem przekonana do tego kraju. Przeraża mnie koszmarna jazda kierowców! Wszędzie gdzie się da wymuszają. Przeciwnością do niej jest rowerowanie 😉 Jazda na rowerze jest tu przyjemnością, praktycznie wszędzie są ścieżki rowerowe, nie trzeba się martwić o wyprzedzające nas samochody, niemalże ocierające się o nas. Widzi się tych najmłodszych jak i najstarszych, którzy śmigają w długie trasy. I to się ceni!!
Renka (buziaki :*) zwróciła uwagę na moją buzię i zaczęłam ją baczniej obserwować, faktycznie zmieniła się, mam dla Was małe porównanie 😉 W najbliższym czasie dodam trochę zdjęć z Belgii i postaram się pisać więcej. Buzia!

buzia2013

Po lewo, Gala MMA Attack w kwietniu (Tomasz Drwal ucięty ;)),
a po prawo lato 2012 spot Alfa Romeo na Plantach w Zamościu.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Spodenki jeansowe, które cieszą.

Od rana zaczęło się to całe zamieszanie związane z pakowaniem. Przejrzałam stertę ciuchów, ostatnia pralka na wyjazd poszła w ruch, i tyle było tego prania, bo okazało się, że nie ma wody. Pewnie i tak by nie wyschło patrząc na pogodę za oknem, ale może akurat.

Modlitwy zostały wysłuchane i koło 14 włączyli mi wodę, co zakomunikował dumny Qki zaraz po przyjściu z WC 😉 Pralka ruszyła dalej, ale teraz to już na pewno to wszystko nie doschnie 😛

Ruszam w świat, ale na miejscu będę miała Internet i blog nie zapadnie w sen letni. Ciężko może być z czasem, ale wszystko sobie poukładam.

Wyjeżdżam mając okres, na liczniku 71 kilogramy, około 24% tłuszczu, i siniaka na cycku, niewiadomego pochodzenia. 😉

…ale hej PRZYGODO!

Przy okazji przerzucania szmatek znalazłam jeansowe spodenki ze zdjęcia, które już widzieliście, teraz leżą na mnie troszkę inaczej, do porównania posłużyły mi butelki 😉 :

spodenki2012

Tak było w roku 2012.  Ale cellulit !! ;/

spodenki2013

A tutaj mamy dzisiaj,
23 maja 2013 roku 🙂

Otagowane , , , ,

Odchudzam się, czy to wstyd?

Właśnie, czy to wstyd? Czy powinnam czuć się winna, bo wzięłam się za siebie, bo chcę coś zmienić, bo chcę wygrać sama ze swoim ciałem? Mam mieć wyrzuty sumienia, bo osiągnęłam swój mały sukces, który dalej pogłębiam? Mam czuć się gorsza, inna, bo zamiast siedzieć przed telewizorem i pochłaniać jak co dzień, porcję świńskiego żarła, oglądając przy tym kolejny odcinek durnego „Dlaczego ja?”, (bo trzeba mieć o czym pogadać z koleżankami) ja wolę i lubię dać sobie wycisk i porządnie się spocić?

Doskonale znam odpowiedź na te pytania, a Wy?

Rozmawiając z wieloma ludźmi, którzy pragną się odchudzać, często odczuwam, że czują się oni po prostu gorsi. Wiem, że jest to efektem niskiej samooceny i nie chodzi tylko o to, że my sami, ludzie otyli nie akceptujemy siebie. Jest to także związane z podejściem społeczeństwa do nas. Ile razy za plecami usłyszałeś, że jesteś grubą świnią – ja usłyszałam, nie raz. Jest to nieprzyjemne, a ze strony oskarżyciela wręcz chamskie, jednak moneta ma 2 stronę. Powiem Wam, dlaczego byłam otyła. Byłam otyła z czystego niepohamowanego lenistwa. Żarłam, żarłam, żarłam i spasłam się do tego stopnia, który mieliście okazję oglądać.

Według mnie ludzie otyli/ z nadwagą dzielą się na:

* tych, których problemy z tłuszczem związane są z chorobą (usprawiedliwieni)

* tych, którzy dostrzegli problem i aktywnie go niwelują – GRATULACJE!!

* tych, którzy są gotowi coś zrobić, ale brakuje im odwagi, albo nie wiedzą jak to się do tego zabrać – WIĘCEJ WIARY!

* tych, którym nie chce się ruszyć dupska, bo są zbyt leniwi i potrafią tylko biadolić na swoje sadła, albo codziennie powtarzać, że się kiedyś za to wezmą może, ale w sumie to jest im dobrze… WIELKIE KŁAMSTWO!

Odpowiedzcie sobie szczerze na pytanie, w której Wy jesteście grupie.

Tych ostatnich jest niestety najwięcej i ja należałam do tej grupy, jak widać nie stoi nic na przeszkodzie, żeby to zmienić! Trzeba się tylko wyzbyć wstydu… olaboga, jakiego wstydu?! Jak jeszcze nie zrozumiałeś, to skocz do samego początku i przeczytaj jeszcze raz pierwszy akapit…

Dla wielu ludzi problemem jest to, że ktoś może ich wytykać palcami i naśmiewać się z nich. Co mam na myśli, wielu z Was pisze mi, że wstydzicie się pójść na siłownię, spocić się przy ćwiczeniach, mało tego, boicie się ćwiczyć we własnym domu w obawie przed podgadywaniem ze strony rodziny. Nie dziwię się, bo rodzina lubi sypać tekstami w stylu „I tak nie schudniesz”. To samo tyczy się jedzenia, pojawiacie się wśród znajomych i jecie coś innego niż wszyscy, skazując się na docinki. A już nie daj Bóg, jak ktoś jest świadomy, że jesteście na diecie i zjecie przy nim coś niezbyt zdrowego. Pada od razu – „A Ty co, nie odchudzasz się już?” Jedni odwarkną, a innym staną łzy w oczach.. Najgorsze co możesz zrobić, to się poddać!!!

Teraz Wam coś powiem. Każdy jakoś zaczynał. Idziesz na siłownie? Gwarantuję Ci, że budzisz podziw w oczach ludzi, bo postanowiłeś coś robić. Nikt się nie będzie śmiał, a raczej będzie starał się Ci pomóc, a wiesz dlaczego? Bo będzie widać, że Ty na prawdę chcesz. Nie wstydź się swoich fałdek w stroju, nie bój się, że się spocisz, że będziesz czerwony. Po to tam jesteś! Po to to robisz!

To żaden wstyd, że chcesz walczyć o własne zdrowie, o dobre samopoczucie i szczęście, które z pewnością osiągniesz, tylko musisz uodpornić się na durne teksty i robić swoje.

Czas na najważniejsze, nie warto przejmować się tym jak reaguje otoczenie. Robicie to nie dla nich, lecz dla siebie. Ludzie mogą Wam docinać, mogą się podśmiewać, pamiętajcie ich stać tylko na to. Was stać na coś więcej i udowodnijcie to sami sobie! Skutkiem ubocznym będzie to, że podśmiewcom miny zrzedną, jak zobaczą Wasze piękne sylwetki! Nie macie nic do stracenia, poza zbędnym tłuszczem, więc ZAWALCZCIE O TO.

I powtórzę, więcej wiary w siebie Kochani:*

uwierz

Otagowane , , , , ,

Cholernie cieszę się

MAJ, 2012

Omijam lustro szerokim łukiem, nie chcąc się na siebie patrzeć. Przecież wiem co zobaczę, fałdy tłuszczu na brzuchu układające się w 3 oponki, grube ramiona, podwójny podbródek, dwa ciężkie kloce zamiast nóg, resztki niebieskich oczu, które chowają się wśród pucułowatej buzi i długie czarne włosy… Odpycham wszelkie niesprzyjające myśli, szukam czegoś w co się mogę ubrać, a przede wszystkim czegoś w co się zmieszczę i w czym „nie wyglądam” grubo. Nakładam spodenki trochę przed kolano, żeby ukryć cellulitis. Zaciskam je wysoko w tali, bo nie ma szans, żebym zapięła je w biodrach. Zakładam na to sukienkę, która przykryje mój brzuch, albo może tą workowatą bluzkę – zakryje mi ramiona. Czuję się strasznie opięta, ale nie mam czasu… wychodzę na dwór.

MAJ, 2013:

Stoję przed lustrem w bieliźnie, obracając się dookoła, obserwując dokładnie swoją opaloną sylwetkę. Zerkam na uśmiechającą się w odbiciu kobietkę z dużymi niebieskimi oczami, długimi brązowo-rudymi włosami. Przyglądam się swoim coraz zgrabniejszym nogom, dotykając kolan, które wcześniej schowane były w tłuszczu. Macam się po coraz bardziej płaskim brzuchu i szepczę pod nosem sama do siebie – „Wiesz co, cholernie cieszę się, że się za siebie wzięłam”. Bez obaw wsuwam krótkie jeansowe spodenki na tyłek i top na ramiączkach…  idę na dwór.

zarok

Motywacja

Otagowane , , , ,